Kamienna brama tori

Wyprawa na Tsukuba-san

Wycieczka!

8/28/2021

   Jak zapewne wiecie z moich ostatnich wpisów, pogoda w Japonii potrafi człowieka naprawdę zmęczyć. Całe szczęście, zdarzają się też lepsze dni - kiedy jest nie za ciepło, nie za deszczowo. Korzystając z okazji postanowiłem wybrać się na małą wycieczkę. Niestety, w związku z panującym stanem wyjątkowym, oraz rosnącą liczbą zarażeń, podróżowanie było trochę utrudnione. Zwiedzanie popularnych miejsc, nie wydawało mi się dobrą opcją, po części dla tego że wiele obiektów podczas stanu wyjątkowego zostało zamkniętych. Spędzanie czasu na świeżym powietrzu wydawało mi się jedyną dobrą opcją, dlatego też otworzyłem mapę i zacząłem szukać. Szybko znalazłem interesujące miejsce. Mój wybór padł na Tsukuba-san. Jest to góra leżąca w pobliżu miasta o takiej samej nazwie - Tsukuba. Co w tym wszystkim było najważniejsze, dojazd na miejsce był bardzo prosty, autobus zatrzymywał się u podnóża, dzięki czemu nie musiałem tracić czasu na dodatkowe kluczenie po opłotkach miasta. Moją wspinaczkę zacząłem od gigantycznej, czerwonej bramy tori. Był to punkt rozpoznawczy, dzięki któremu miałem wiedzieć że jestem w dobrym miejscu. Cóż... ciężko było by to przegapić :)

Wielka, czerwona brama tori, wyraźnie rzuca się w oczy :)

Mówi się, że tori oddziela świat materialny od duchowego... a na pewno oznacza że wchodzimy na teren świątyni.

   Jednak zamiast zacząć wspinaczkę, w pierwszej kolejności skierowałem się do pobliskiej świątyni, która nosi po prostu nazwę góry - Tsukubasan Jinja (świątynia tsukuba-san, 筑波山神社). Budynki świątynne robią wielkie wrażenie - wszystko jest zbudowane z drewna. I o ile główny budynek powstał około 1875 roku (na miejsce poprzedniej świątyni), sam kompleks świątynny podobno sięga czasów starożytnych, jednak do dokładniejszych źródeł nie dotarłem. Zbliżając się do świątyni, ciężko było nie usłyszeć powtarzającego się... klaskania. O co chodzi? Całe szczęście, w pobliżu świątyni szybko znalazłem objaśnienie - interaktywny ekran dotykowy, tłumaczący w kilku językach tutejsze zwyczaje! Klaskanie okazało się częścią modlitwy. A więc jak prawidłowo się pomodlić po japońsku? Po pierwsze - należy się oczyścić, poprzez obmycie się wodą... co też należy wykonać w bardzo określony sposób... Po oczyszczeniu można podejść do świątyni. Przed świątynią znajduje się skarbonka na ofiary. Wielu Japończyków wrzuca raczej niewielkie kwoty. Najczęściej jest to 5円. I tu wcale nie chodzi o skąpstwo - po prostu uważa się że jest to kwota która przynosi szczęście. Z kolei składanie w ofierze monet o nominale 10 円 jest uważane za przynoszące pecha. Ot ciekawostka. Jednak wracając do modlitwy. W pierwszej kolejności należy się dwa razy pokłonić. Następnie, dwa razy zaklaskać, po czym można się pomodlić. Na koniec, należy jeszcze raz się ukłonić. Całość trwa parę sekund, tak więc nic dziwnego że z daleka można usłyszeć mniej lub bardziej regularne odgłosy klaskania...

Ogród świątynny

   Po obejrzeniu świątyni przyszła kolej na podejście. Jak się okazuje, gdybym nie chciał, wcale nie musiał bym się wysilać. Niedaleko świątyni znajduje się kolejka, wioząca na sam szczyt - zupełnie jak na Gubałówce :) Jednak zostawiłem sobie takie atrakcje na kiedy indziej, postanowiłem wejść o własnych siłach. Nie spodziewałem dużego wyzwania, Tsukuba-san ma jedynie 877 metrów wysokości, a większość trasy którą wybrałem wiedzie przez las porastając górę. Jednak w tym wszystkim zapomniałem o jednej bardzo ważnej rzeczy... o tym jak bardzo japońskie powietrze jest wilgotne! Bardzo szybko przekonałem się że podejście lasem nie przynosi ochłody. Wystarczyła odrobina słońca aby wilgoć zaczęła parować. Po raz kolejny, poczułem się jak w saunie. Na szczęście, nauczony wcześniejszym doświadczeniem, spakowałem do plecaka napoje izotoniczne...
   Podchodząc często mijałem wracających ze szczytu Japończyków. Tutejsza kultura chodzenia po górach jest bardzo podobna do Polskiej - mijające się osoby pozdrawiają się. Jednak sposób w jaki Japończycy się ze mną witali wprawił mnie w zakłopotanie. Pierwsza mijająca mnie grupa powitała mnie odgłosem „...dziaaaaaa...”. Zacząłem gorączkowo myśleć co to może oznaczać. Kolejne mijane osoby odzywały się w dokładnie taki sam sposób. Zacząłem się martwić że moje „konnichiwa” jest tutaj nie na miejscu. Czym jest „dziaaa”? Dopiero w połowie podejścia wszystko się wyjaśniło. Przechodzący staruszek ( a warto zaznaczyć że wiele osób wchodzących na górę wyglądało na emerytów) rzucił „konnichiWAAA”. Wtedy zrozumiałem. To wcale nie było „dziaaa”! Oni mówili, tak jak ja „konnichiwa”, tyle że pierwszą część pozdrowienia albo całkiem opuszczali, albo mówili bardzo cicho. Ale jak „WA” zmieniło się na „dzia”? Sprawa akcentu. I być może (czego nie wykluczam), problemów ze słuchem :)

Widok na nizinę Kanto

Widoki na szczycie jak zawsze piękne...

   Po wejściu na szczyt miałem okazję podziwiać krajobraz niziny Kanto oraz miałem okazję zjeść ramen, ponieważ zupełnie tak jak w Polsce, tak i tutaj na szczycie możemy liczyć na coś w rodzaju schroniska. Jednak na tym podejście się nie kończyło. Tsukuba-san posiada bowiem dwa szczyty, jeden z nich nazywa się żeńskim, a drugi męskim. Każdy z nich jest domem dla kapliczki. Jedna dla kobiecego, a druga męskiego bóstwa.
   Ostatni etap wycieczki, czyli zejście, jest moim najmniej ulubionym. Dlatego tym razem postanowiłem skorzystać z przywileju zjechania na sam dół. Jednak, zamiast zjazdu kolejką torową, wybrałem kolej linową, która zawiozła mnie na przeciwną stronę góry. Dzięki temu, nie musiałem od razu kierować się do autobusu, lecz mogłem spokojnie obejść górę po w miarę płaskim terenie. Miałem w tym dużo szczęścia gdyż... zdążyłem na przedostatni autobus powrotny w tym dniu. To się nazywa szczęście :)

Kolej linowa, kolej szynowa, szlaki piesze... do wyboru do koloru, dostań się na górę tak jak lubisz

Regularnie kursujące wagoniki są zawsze pełne...

Tsukuba-san jest z pewnością ciekawym miejscem, wartym odwiedzenia. Tak więc, jeśli planujesz przylot do Japonii, polecam wybranie się w to miejsce!